Automatyczna linia obróbki 10 000 zdjęć produktowych
Nie pojedynczy Photoshop, tylko pipeline: import, identyfikacja SKU, kontrola duplikatów, tło, kadrowanie, cztery formaty i kontrola jakości przed publikacją.

Przy stu zdjęciach opłaca się siedzieć w edytorze. Przy dziesięciu tysiącach każda sekunda na zdjęciu to prawie trzy godziny pracy. Wtedy jedynym sensownym rozwiązaniem jest linia przetwarzania, w której człowiek zajmuje się wyłącznie wyjątkami.
Problem
Katalog produktów rośnie partiami: sesja, kilkaset ujęć, presja czasu. Ręczna obróbka jest wąskim gardłem, a jej największym kosztem nie jest sam czas, tylko niespójność — po dwóch dniach pracy kadrowanie potrafi się nieznacznie zmienić i widać to w katalogu.
Identyfikacja i deduplikacja
Pierwsze dwa kroki po imporcie decydują o porządku w całej reszcie. SKU odczytujemy z nazwy pliku, struktury katalogów albo metadanych sesji. Zdjęcie bez rozpoznanego SKU nie wchodzi do linii — ląduje w koszyku wyjątków.
Kontrola duplikatów po sumie SHA-256 wygląda na drobiazg, dopóki nie okaże się, że ta sama karta pamięci została zgrana dwa razy. U nas przy pierwszym większym imporcie duplikaty stanowiły zauważalną część zbioru.

Kolejność ma znaczenie
Etapy nie są wymienne. Korekta ekspozycji przed usunięciem tła daje inny wynik niż po — a jedna z tych kolejności jest wyraźnie lepsza.
- najpierw detekcja produktu, żeby wiedzieć, co jest przedmiotem operacji,
- potem tło, bo dopiero bez tła korekta ekspozycji liczy się na samym produkcie, a nie na całym kadrze,
- na końcu kadrowanie z jednakowym marginesem względem obrysu produktu — to ono daje wizualną spójność katalogu.
Formaty i kontrola
Z jednego pliku źródłowego powstają cztery warianty: miniatura, wersja katalogowa, duża do powiększenia i kwadrat na social media. Wszystkie z tego samego wyjścia, nigdy przez ponowne skalowanie wersji już przeskalowanej.
Ostatni krok przed publikacją to kontrola jakości, opisana osobno w kolejnym artykule serii. Zdjęcia poniżej progu wracają do korekty ekspozycji, a te, które nie przechodzą po drugim podejściu, trafiają do człowieka.
Wynik
Cała partia dziesięciu tysięcy zdjęć przechodzi przez linię w kilka godzin na jednej maszynie, głównie nocą. Do ręcznej obróbki trafia margines. Największą wartością okazała się jednak nie prędkość, tylko powtarzalność — zdjęcie zrobione pół roku później wygląda w katalogu identycznie jak poprzednie.


